poniedziałek, 12 sierpnia 2013

O GÓRCE NASYPOWEJ prawie "pychowickiej"OPOWIADANIE REFLEKSJA – moja mała ojczyzna

uwaga: górka nasypowa o której mowa i która prezęntują zdjęcia ,znajduje się vis a vis wejścia do parku skałki twardowskiego od strony ul.Norymberskiej czyli  zbiornika wodnego Zakrzówek.Od póżnej wiosny do późnej jesieni jest to miejsce bardzo urokliwe...
................................




Było niezbyt skwarne, niedzielne  popołudnie, na początku  pierwszej dekady  sierpnia .Tego roku, po zimnej i mokrej wiośnie, lato od połowy lipca było  niespotykanie upalne i suche. Sierpień był tych upałów kontynuacją . Jak podawały komunikaty telewizyjne temperatura  +39 st.C plasowała te upały na liście ”lata stulecia”.  Ale tego dnia  było ciut chłodniej i po pierwszej od kilku tygodni burzy, powietrze zrobiło się bardziej przyjazne. Komunikaty ostrzegały  jednak przed  nadmiarem ozonu w powietrzu i radzono spokojny pobyt w domu. Ona jednak nie odczuwała żadnych z tym związanych dolegliwości więc postanowiła to wykorzystać dla polepszenia kondycji.Burza przyszła nagle, trwała krótko i pozostawiła po sobie  rześkie powietrze, wiec i ona swoje plany do aury dostosowała. 
Co jak co, ale terenów spacerowych w okolicy  tego osiedla był ogrom. Po przemyśleniu postanowiła pójść spacerkiem na jaki pozwalało towarzystwo kijków, na południe od swojego osiedla, przez ciągnącą się za cmentarzem łąkę i  uroczą o tej porze roku górkę, zlokalizowaną pomiędzy Zakrzówkiem,Ruczajem a Pychowicami. Dużymi nowoczesnymi osiedlami z których każde w ostatnim dziesiątku lat rozkwitło bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Lubiła te spacery  „nordikc walking”.Kijki w rękach dodawały jej pewności siebie, siły i dawały dziwne odczucie, że nie jest sama. Jakby na spacer szły z nią dwa życzliwe, dobre duszki, pomagające jej chorym stawom przenieść obciążenie i chroniące przed upadkiem.Chodziła na spacery bardzo często. Raz dłużej raz krócej, ale przyroda wzywała ją do siebie codziennie. Idąc teraz mijała kolejno cmentarz i betonowy mostek nad zagospodarowanym i uregulowanym ciekiem wodnym odprowadzającym wody z górnych partii łąk. Teraz była na łące z której kilka ścieżek prowadziło w różnych kierunkach. Poszła na razie na wprost a po kilkunastu metrach skręciła w stromą  ścieżkę wiodąca na południe. Po przejściu kilkudziesięciu metrów  zatrzymała się na wierzchołku pachnącej ziołami górki. Wierzchołek był rozległy i  gdy był jeszcze goły od zarośli, wyglądał jak dno odwróconej płaskiej miski. Ziół rosło tu dziesiątki rodzajów, i większość z nich była w okresie kwitnienia lub przekwitania. Zwielokrotniony po burzy ich zapachowy bukiet mile odurzał. Pięknie prezentująca się w naturalnej ekspozycji natury górka, powstała w połowie pierwszego dziesięciolecia, pierwszego wieku,trzeciego tysiąclecia z  ogromnej hałdy ziemi  gromadzonej tu w trakcie robót ziemnych pod zabudowę obiektów  Campusu zlokalizowanych od strony Zakrzówka.Pozostałą cześć ziemi zagospodarowano na nasyp pod piękny park oddzielający Zakrzówek od Campusu UJ. Zasadzone w żołnierskim porządku drzewa parku podkreślały urodę rozrzuconych wokół, pięknych naturalnym urokiem dzikości drzew starych, wkomponowanych w nowoczesny park. I naturalnej samosiejkowej roślinności nasypowej górki.Tak górka jak i park zdążyły już  wrosnąć w krajobraz i stać się rozpoznawalną częścią okolicy. Przez pierwsze kilka lat była górka zwykłą hałdą ziemi ociekającą błotem po każdej ulewie i w  czasie roztopów. Potem , którejś wiosny  zaczęła prawdziwe  życie samodzielnego bytu przyrody. Roznoszone przez wiatr nasiona kwiatów,ziół, traw po zakotwieniu się w ziemi puściły pędy do góry, na powierzchnię i  szara hałda się zazieleniła. I wtedy pojawiły się na niej pierwsze ścieżki wydeptane przez psy i ich właścicieli. Następnej wiosny była to już prawdziwa górka z mocno wrośniętymi w ziemię  korzeniami wielu gatunków traw i 
 ziół wszelakich oraz mnogością czerwonych maków. A potem gdy maki przekwitły zaczęła trawa powoli zamieniać się w barwny kobierzec, tu i ówdzie z węzełkiem jakiegoś krzewu. A ten zyskał sympatie pieszych zmierzających od strony Ruczaju na zachód i od strony zachodniej w kierunku campusu UJ i Ruczaju. Gdy  zwały ziemi leżacej wokól zabudowań campusu przemieniły się w park, nasypowa górka stanowiła naturalne jego przedłużenie na północny zachód. Swoją  dziką urodą bryły i rodzajem porastającej jej zieleni,upodobniła się do dzikich łąk wokół niej. W kolejnych latach nie było już na niej czerwonych maków, ale od wczesnej wiosny do późnej jesienie kwitnące zioła i trawy. Codziennie przechodziło tędy, ścieżynkami wydeptanymi  do suchej ziemi w samosiejkowej roślinności mnóstwo ludzi. W tym czasie  była to ulubiona droga mieszkających na osiedlu poniżej studentów, pędzących na wykłady do uczelni na terenie Campusu i ludzi lubiących poranne zakupy w hipermarkecie.Spoza  pięknych, wysokich traw tu i ówdzie  wyglądał  kwiat zdziczałej przydomowej dawniej roślinności jak malwy, piwonie i różnokolorowe lilie. Z roku na rok było ich jednak coraz mniej. Potem gdy zakończyła się budowa bliżej położonego hipermarketu i uczelnianych obiektów  tych od strony Zakrzówka, oddano też do użytku studentów i mieszkańców nową linie tramwajową biegnąca obok nich.Łączyła centrum Krakowa z trasą na Skawinę i  wjazdem na autostradę.W tym roku spacerując po góce i okolicznych łąkach wypatrzyła już tylko jedną różową malwę i jednego rudego na wysokiej łodydze liliowca.I wiele psich ścieżek, Pierwszą rosę z roślin otrzepywały od lat niezmiennie  psy i ich właściciele idący z nimi na dłuższe spacery wnet po wschodzie słońca. Biegali razem po górce i okolicznych łąkowych terenach i wydeptywali pierwsze ścieżki, W poprzednich latach  spieszyły  tędy, na skróty, z  przystanku autobusowego i tramwajowego przez wydeptane w  trawnikach  parku UJ dróżki, opiekunki do dzieci, aby zdążyć  do swoich podopiecznych na czas, a mocodawcy by mogli zdążyć dojechać do pracy na wczesne godziny poranne. Spacerowali nią dziadkowie i babcie z wnukami lub sami,ci  których pęd cywilizacji przeniósł z odległych miasteczek i wiosek tutaj, na nowe osiedla by mieszkać z dziećmi lub obok nich. Aby żyć ich normalnym codziennym życiem a nie tylko życiem emeryta odsuniętego od rodziny i  tylko czekającego na to co nieuchronne.U podnóża górki ,na łąkowej ścieżce prowadzącej z ulicy Norymberskiej do centrum nowych Pychowic, też był od rana  ruch. Piesi i  rowerzyści a nawet motocykliści w każdym wieku z innych osiedli lecz z jakiegoś powodu tu przynależni , spieszyli tędy  do głównych ulic osiedla, gdzie rozchodzili się pojedynczo lub grupkami do miejsc pracy,szkoły itp.A potem, bliżej południa na spacery po łąkach zlokalizowanych u podnóża górki  wyjeżdżały  wózkami lub wychodziły opiekunki z dziećmi. Czasem również towarzyszącymi im psami.Tak było od wiosny do jesieni przez kilka lat ostatnich. Jednak w tym roku ogrom opadów i wysoka temperatura spowodowały niesłychanie intensywny wzrost wszelkiej roślinności, utrudniający przejście przez górkę. Na górkę wyjście się nie zmieniło i nadal było wygodnie wydeptane, ale przejście grzbietem górki i zejście po południowym zboczu nie było już łatwe. Raj dla zwierzaków lecz ludziom trudno juz było tu przejść bez ubrudzenia się pyłkami i liśćmi traw w tym roku wyższych niż dorośli. Wydeptana ścieżka tylko w części nadawała się do przejścia i po każdej ulewie coraz bardziej zarastała wybujałą niezwykle  w tym roku zielenią. Z obu jej stron  wyrastał z tygodnia na tydzień nie tylko coraz bujniejszy szpaler traw ale i różne krzewy, utrudniające przejście. Większość przechodzących wolała obejść teraz  nasypowa górkę dookoła od zachodniej strony , by na końcu wejść na ścieżkę przez park UJ lub chodnik przy ulicy. Inni wybierali ulicę Norymberska.Wraz z nadejściem szarugi, górka i łąki poniżej tonęły w błocie a wokół stały bajora brudnej wody. 
Wszyscy użytkownicy ścieżek przez łąkę i ” przez górkę”, szli  wtedy  poboczem asfaltowej drogi. Do utrzymującego się mrozu i śniegu. Wtedy ścieżki na górce i na łąkach  znów znaczyły  trasy  codziennych marszów tam i z powrotem dziesiątek a może setek ludzi. Obok wydeptanej  w śniegu dróżki „przez górkę” , dzieci miały swój tor saneczkowy. Zjeżdżało się z górki gładko i szybko,a rozpędzone sanki miały długą i bezpieczna  drogę hamowania na łące. W letnie dni, z górki był widok na  piękne tereny i te bezpośrednie i te na dalszym planie,w pełnym  zakresie zegarowej tarczy, w której środku stała teraz ona. Po wyjściu na górkę, zatrzymała się, by chwile odpocząć. Wspierając się na kijkach stanęła twarzą zwróconą na zachód,  w stronę osiedla z którego przyszła. Wynurzało się ono, oblane promieniami słońca z za zieleni gęstych drzew. To było na planie pierwszym. Wystające ponad korony drzew  czerwone dachy domów jedno i  wielorodzinnych oraz  elementy elewacji budynków osiedli poniżej, przyciągały wzrok. W dali, na planie drugim jakby stanowiącym odległe tło osiedla, za korytem rzeki  jawiła się ściana zieleni Lasku Wolskiego gdzie mieściło się krakowskie zoo i i kościół z trzema wieżami na Srebrnej Górze u o.o.kamedułów.Wszystko w tym widoku napełniało siłą i radością. Dalej na północ,vis a vis  kapliczki stojącej na skraju dawnej wsi, w miejscu dawnej karczmy Rzym, uwiecznionej legendą o Panu Twardowskim ,  wyłaniały się z za skałek i drzew kontury wartowniczej strażnicy i żurawie budowlane stojące na  placu budowy przy jednostce wojskowej i prześwitywały stalowego koloru elementy wysokiego ogrodzenia z betonowych płyt. Szczelnie odgradzały one budowę od ruchliwej ulicy.Na wschodzie widać było porośnięte urozmaiconą roślinnością zbocza wykopaliska kamieniołomów, tworzących nieckę zbiornika wodnego Zakrzówek, otoczonego leśno-skałkowym  kąpleksem o nazwie Park Skałki Twardowskiego.Wiele było tu skał i tuneli którym legendy przypisywały związki z legendarnym mistrzem magii. Bajkowa sceneria i legendarne nazwy, pomyślała i na chwile zadumała się o życiowych drogach, które ją tutaj przyprowadziły i osiedliły . Powoli przemieszczała się, zachowując kierunek zgodny z ruchem wskazówek zegara i sycąc widokami. Vis a Vis Zakrzówka , w narożu jakie tworzyła ul.Norymberska  znajdował się teraz nowy,  ogromny plac budowy i wznosiły się pod niebo  kolorowe,ogromne budowlane żurawie. Dalej w głębi, na zachód od tej budowy w całym południowym pasie rozciągał się kompleks pięknych obiektów  Campusu UJ.Jedne ze zlokalizowanych tu wydziałów uczelni miały już przed laty pierwszych absolwentów, inne obiekty były w realizacji, na różnych etapach bardzo prężnie postępujących realizacji. Pierwsze od  strony wschodniej  obiekty UJ,oddzielał  od ulicy nowy park. Powoli idąc oglądała i podziwiała jak bardzo drzewa i krzewy parku urosły na przestrzeni ostatniego roku. I jak bardzo wypiękniało wszystko wokół. Budynki i budowle czarowały elegancją form i brył ,gracją wystroju i  pięknem prostych form artystycznie w siebie wkomponowanych. Robiąc miedzy zaroślami łuk  zgodnie z ruchem wskazówek zegara o dalsze 20 minut, zobaczyła przepiękną promenadę nazwana Aleja Wawelska, łączącą  te pierwsze od strony Zakrzówka lokalizacyjnie  usytuowane w Campusie obiekty z  pozostałymi  oraz nową linia tramwajową i całym nowym osiedlem Ruczaj. 
Tą  jego częścią ,która rosła w takim samym rytmie jak rozbudowywał się Campus UJ. Zrobiła parę kroków w prawo i oparta o rozłożyste parkowe drzewo stała,stała i patrzyła.Ten Ruczaj z tym bardzo rozległym Campusem UJ posiadający uczelnie,centra badawcze,biurowce,markety,gabinety, oraz zlokalizowanym po drugiej strony tramwajowej linii mieszkaniowym zapleczem i zapleczem sportowo-rekreacyjnym i kościołami,kapliczkami, było to super nowoczesne „miasto w mieście”pomyślała. A tak niedawno   była tu prawdziwa podmiejska wieś i błotniste drogi.
Teraz modelowę miasteczko wieku techniki.Tyle piękna wokół. Emanacja gracji, emanującej dobrą energią i tłumy młodych ludzi.Tego jej było dzisiaj potrzeba i tym syciła oczy. Znała niby te widoki, przechodziła tędy setki może razy,ale nigdy nie wpatrywała się w nie. Podobały jej się i tyle. Ale teraz,dzisiaj było inaczej. Jakby pozbierała te puzle z których każdy był ładny , ale nic nie mówił-  w jeden obraz,który  ułożony na zegarowej tarczy lokalizacyjnej opowiadał historię ekspresowego rozwoju wszechstronnego. Ku pamięci ludzi przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia naszej ery.Kuźni wiedzy i myśli dla tych co będą po nas. Jak to jest  myślała, tyle majątku materialnego i intelektualnego tyle dowodów materialnej stabilizacji państwa, przetworzonego dla dobra ludzi przyszłości.Tyle  ładu,harmonii i piękna odczuwalnego już dzisiaj, w tak bliskiej od mojego mieszkania odległości,a mnie tak trudno-dlaczego? Zastanawiała się wiedząc że  w sobie tej odpowiedzi nie znajdzie.Od lat zadawała sobie to pytanie. Doceniała piękno wokół,ceniła jego wartość narodową ,podziwiała,ale nie potrafiła teraz odnaleźć optymizmu w sobie. Może dla moich przyszłych pokoleń coś dobrego z tego wyniknie,pocieszała się.Może tu kiedyś wrócą jako studenci. Może usiądą na którejś z ławek przy alej wawelskiej lub na murku obok stopni prowadzących do parku, albo tam przy pierwszych budynkach I zegarowej kamiennej tarczy, jak ona siadała z wnukami i powspominają ...że mówił ktoś z rodziny, że z  kimś z rodziny patrzyli razem na prace koparek wybierające ziemię pod  jedne z pierwszych  obiektów campusu. Może we wspomnieniach rodzinnych odnajdą przygodę ze styropianowym  samolocikiem,którego wiatr zniósł na dach budynku-przejścia , dokładnie na wprost słonecznego zegara i nad bardzo  stromymi dla małego wtedy dziecka  schodów. Pomogli życzliwi ludzie wypoczywający w te wolna sobotę  nieopodal na łąkach, obok pierwszego budynku  campusu,z nr3 przy ul.Gronostajowej. Powstawali z  kocy,  leżaków i ręczników, poproszeni o pomoc mieli dużo zabawy ale i pracy ściągając zabawkę. Może,pomyślała gdy Bozia zakończy realizacje rzeczy wielkich,  inwestycji na miejsca pracy dla swoich wybrańców  i nauczy jak na spacer pojechać ścieżką wszechświata do kawiarenki przy mlecznej drodze,łaskawie wejrzy i na zwykłych ludzi. I na nią,doceni to że prosiła ale nie była natrętna. Może,ale wcale nie na pewno...Jej zamyślenie przerwała grupa młodzieży,która rozłożyła się pod ogromniastym dębem, pamiętającym czasy gdy stąd na Wawel była otwarta przestrzeń, I gdy wyrastały pod niebo kościoły a wokół były lasy. A potem karczowano drzewa i uprawiano ziemie.Budowano domy. Wokół były uprawne pola a ich pozostałości widoczne są nadal  szczególnie wiosną. Pomimo dokładnie przygotowanej warstwy żyznej,nowej ziemi pod 
zasadzenia, tu i ówdzie wyrastały ozdabiając intensywną zieleń  płożących się traw,  mini poletka koniczyny i czerwonej i białej, żółtego jaskrawo rzepaku lub pojedyncze kępki  zdziczałych już ogrodowych kwiatów starych odmian  jak malwy, piwonie a nawet  znalazła zdziczały krzak bukietowej róży,  o kwiatach kremowo-różowej barwy.Te ostatnie spotykała  teraz bardzo rzadko i tylko przy starych zabudowaniach. Były jak echo wspomnień praczasów. I zawsze napełniały jej dusze tkliwością podobną do tej,jaką przed paru dniami poczuła widząc w ogródku walącego się dworskiego ongiś i wrośniętego w historie tej parafii  budynku, rabatę pełną dorodnych floksów Ii kwitnący krzew kremowej róży,kwiatów bardzo starej odmiany.Widok jakiego nie widziała od ponad pół wieku. Tamta róża, wspominała dalej wymagała bliżej jej nie znanych ale  specjalnych uwarunkowań, by rosnąć i i okazywać swoją urodę. Jeden taki różany krzew rósł oparty o sztafety drewnianego ogrodzenia w ogrodzie jej rodzinnego domu,w jego najbardziej słonecznej części i w pobliżu studni. Widać dobrze mu tam było, bo przez długie lata rozrastał się w każda stronę, oplatając na dużej przestrzeni ogrodzenie. W wielu domach próbowano te różę  zaszczepić,ale nie przyjęła  się. W tym ogródku miała się doskonale przez kilkadziesiąt lat. Zniszczyła ją dopiero zima stulecia. Zakwitała róża na przełomie maja i czerwca. Z intensywnej zieleni liści wyłaniały się najpierw  prawie kremowe pąki,pęczniejące i różowiejące powoli. Po tygodniu pączek zaczynał się powoli otwierać i wtedy kwiat wyglądał najpiękniej. Na każdej kiści były średnio trzy kwiatki i każdy z nich otwierał się w pełni w innym rytmie. Dopiero po kilku tygodniach wszystkie kwiaty na kiści ukazywała pełnię swojej urody i pozwalały się każdemu płatkowi kąpać rosie i osuszać słońcu.
  Były te róże w jej rodzinnych stronach,przed pół wiekiem poszukiwanym kwiatem na ślubne bukiety. W pełni lata krzew róży wyglądał na tle ogrodzenia jak wspaniały obraz zamalowany kwiatami, z przezierającymi spod bieli,beżu i różu zielonymi liśćmi. Dopiero pierwszy mróz zabierał jej ostatnie kwiaty. Podobnie jak zabierał drobne czerwone płatki wielokwiatowej róży bukietowej zasłaniającego przez kilka miesięcy w roku wszystkie kolorowe szybki w znajdującym się vis a vis ganku tego domu.Omarznięte płatki różanych kwiatów opadały wtedy na szarą,pomieszana z ziemią, omarzniętą  trawę i przez chwilę wyglądały jak śpiące pod krzakiem motyle,a potem zwijały się w rulonik, traciły barwę i nikły w murawie.Tutaj, na jej od kilkunastu lat osiedlu, dawnej podkrakowskiej wiosce handlowo i kulturowo związanej od wieków z Krakowem ,przed kilkunastu laty  było mnóstwo starych odmian bukietowych róż. Wprawdzie innych,wielokolorowych,ale równie pięknych.Ubarwiały sobą domostwa zaraz po przekwitnieniu bzów. Oplatały każde prawie ogrodzenie starszych domów barwiąc na czerwono lub biało i  różowo ogrodzenia. 
 Ale i tych krzewów, którym tu było wtedy dobrze,teraz jest już bardzo mało.Szkoda,wielka szkoda bo dodawały jasności i radości życia starym ogrodzeniom,surowym skałom i drzewom. Domy wypiękniały po remontach,ogrodzenia stare zamieniono na nowe a róże powycinano."NOWE" pędziło ulicami, w każdym zakresie i we wszystkie strony.Ogromnie też było jej szkoda przepięknych bzów którymi zachwyciła się pierwszej wiosny tutaj i podziwiała przez wiele kolejnych wiosen bordowe,białe i lekko wrzosowe, intensywnie pachnące w maju ich kwietne parasole. Najbardziej lubiła rosnące obok siebie trzy krzaki bzów każdy w innym kolorze, które  widoczne były  z poziomu wiślanego wału,w leżących  pod skarpą zabytkowych  zabudowaniach budynków"Sody". Przenikanie się tych kolorów dawało przepiękny efekt a ich zapachowy bukiet pomieszany z zapachem wiślanej wody niósł się na odległość dziesiątek metrów. W tym roku już bzów tutaj nie było,teren wokół uporządkowano i dla krzaków kwitnących tak krótko, miejsca zabrakło. Ostatniej wiosny znajdywała już tylko sporadycznie tamte zapachy i kolory. Nawet ze skarpy wzdłuż drogi prowadzącej od sklepu "przy drodze" do sklepu "na górce" krzaki pachnących i bardzo dekoracyjnych bzów musiały ustąpić miejsca stalowej siatce. Owszem są bzy na nowych osiedlach. Bez zapachowe o nienaturalnych pełnych kwiatach. Nowoczesne bzy nowych czasów i toksycznej czasmi mody na NOWE KTóRE MUSI BYĆ INNE I NISZCZYC DO CNA TO CO STARE.Jeszcze rok,dwa i ktoś wpadnie na pomysł rozpylania z samolotów  dawnych zapachów naturalnych w ich chemicznej postaci,w  rejonach z tych zapachów dawniej znanych.Przecież głupota nie ma granic a zawsze byli i są i będą ludzie którzy na wszystkim umieją zarabiać pieniądze.Choćby trując ludzi, byle z certyfikatem w ręku.Idąc już,snuła ciemne scenariusze i  replikowała w myślach. Ale ceniąc mądre nowinki,żałowała tego co ocalić można było a nie ocalono.  Szkoda,że w tej pięknej dawnej wiosce z własną kulturą i tradycjami, tak mało z NICH POZOSTAŁO,rozmyślała dalej. Jeszcze rok,a będzie to jej teraz osiedle takie samo jak każde małe osiedle w wielkim Krakowie.Bez własnego DUCHA.Na początku tego tysiąclecia spacerując po tym osiedlu,tej dawnej wiosce podkrakowskiej ,kiedy  nowe domy wielorodzinne  dopiero zaczynały tutaj powstawać a wzdłuż Wisły nie było deptaka i rowerowych ścieżek tylko błotnista ścieżka,miała dziwne ale miłe wrażenie bliskości z historią .Może  czuła tak również poprzez starą odmianę róży i bzów, które może takie same kwitły  przed wiekami w Długoszowym wtedy ogrodzie nad Wisłą i na Wawelu i klasztornych ogrodach Krakowa.Jednak to odczucie gdzieś się rozmyło,zanim się zakorzeniło. Ten szalony pęd NOWEGO jaki wokół obserwowała,był za szybki dla niej, podziwiała go ale sama w tym nowym świecie nie odnajdowała się ,źle się w nim  czuła.Coraz bardziej teskniła za starym ogródkiem z różami i bzami.I o  tej swojej tutaj egzystencji i odczuciach rozmyślała idąc powoli w stronę swojej mieszkaniowej klatki. Czując pytania swoich myśli i a nie zauważając życia i ludzi obok.. Nie ma już w tym nowym świecie miejsca dla ludzi z mojego pokolenia, powracała napastliwa myśl. Tylko na łąkach okolicznych pozostał jeszcze prawie nie zaburzony rytm natury i pewnie dlatego tak je lubię, tak w   myślach podsumowała swoje refleksje, wchodząc już do mieszkania.Musze robić więcej zdjęć pomyślała,bo za niedługo może nie być co fotografować,bo to co mnie urzeka zniknie z kretesem -myślała już w wannie. Może, myślała gdy ciepła kapiel dodała jej animuszu za ileś tam lat ,będą moi potomni oglądać je i czytać z podobnymi odczuciami jakie ja miałam czytając ksiązki Danikena, podsumowała zamykając tym stwierdzeniem temat dzisiejszego spaceru....
.............................................................................................................................................................
a oto 
Zdjęcia z nasypowej górki, otaczających ją łąk, oraz roślinności i panoramy robiono z różnych stron tego wzniesienia i wiosną, latem i jesienią 2013 roku oraz 2014 roku.
========================rok 2013========================







Jesienią 2014 r "górka" zaczęła znikać. Rozpoczęły się prace plantowania tego terenu. Wiosną 2015r prace te trwają nadal i już widać że hałda ziemi z wykopów stanowić będzie  dalszą część parku. zapewne tak jak teraz chaszcze , będzie park swoim obszarem siędał do ul.Norymberskiej.Niżej zdjęcia prac ziemnych wykonane jesienia 2014 i wiosną 2015 r.






isw/04/2015r







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz